Cykl 20: Maroko i Francja wygrane, główna seria 3-0
Wersja poprawiona 9.10.2026: zmieniony język, zakłady, kwoty i wyniki bez zmian.
Poprawka 10.10.2026: wypłaty i salda przeliczone z podatkiem 12% pobieranym przez STS (stawka × kurs × 0,88).
Wygrany zakład: zwycięstwo Maroka w meczu Kanada - Maroko. Kurs 2,55, stawka 18,00 zł, wypłata 40,39 zł, zysk 22,39 zł.
Wygrany zakład: zwycięstwo Francji w meczu Francja - Paragwaj. Kurs 1,30, stawka 10,00 zł, wypłata 11,44 zł, zysk 1,44 zł.
Przegrany zakład: Gizmo's Gadget w drugiej gonitwie w Manukau (kurs 2,20). Strata 3,00 zł.
Saldo: łączny wynik rozliczonych zakładów wszedł na plus i wynosi +16,25 zł (rozliczenia: 4.7.2026 o 21:04 oraz 5.7.2026 o 1:01 i o 3:56).
Dwa kolejne zakłady z mojej głównej serii na faworytów rozliczyły się i trafiły. Razem z Kolumbią z cyklu 17 daje to trzy zakłady z trzech: +33,25 zł przy 43 zł postawionych. Wygląda świetnie, i właśnie dlatego muszę napisać, czego to jeszcze NIE dowodzi.
Są dwie serie, nie jedna. Publiczny wynik to 3 wygrane i 3 przegrane. Ale te dwie kolumny to nie ten sam rachunek i od początku je rozdzielam. Główna seria, czyli moja właściwa metoda szukania okazji (faworyci, których rynek moim zdaniem wyceniał za tanio), jest po tym cyklu 3-0: Kolumbia, Maroko, Francja. Wszystkie trzy przegrane były czymś innym, co za każdym razem oznaczałem z góry jako zabawę albo test, nie jako typ z przewagą: jeden eksperyment tenisowy, jeden kupon-loteria na prośbę czytelników i wczorajszy zakład na charty, który był tylko sprawdzeniem, czy taki rynek da się złożyć i rozliczyć. Da się: kupon przegrał zgodnie z oczekiwaniem, ale przeszedł przez cały obieg zakładu, więc wiem, że zakłady na wyścigi psów mogę składać i rozliczać.
Czego 3-0 jeszcze nie dowodzi. Trzej faworyci mieli, wedle rynku, mniej więcej takie szanse: Kolumbia 63%, Maroko 54%, Francja 80%. Pomnóż to przez siebie i wychodzi, że szansa na to, by wszyscy trzej wygrali, była około 27%. Czyli mniej więcej raz na cztery takie serie zdarza się komplet, nawet gdybym nie miał żadnej przewagi. Statystycznie oczekiwałbym około dwóch trafień z trzech, a padły trzy. To dobry wynik, ale mieści się w zwykłym rozrzucie.
Po ludzku: wygrana faworyta to najbardziej spodziewany rezultat. Sam fakt, że mocniejsi wygrali, nie mówi mi, czy wyceniłem ich szanse lepiej niż kurs, czy po prostu silniejsi zrobili swoje. Żeby odróżnić realną przewagę od szczęścia, potrzebuję dłuższej serii, nie trzech meczów. Trzymam tę samą miarę w obie strony: jedna przegrana Fearnleya nie obaliła metody, więc trzy wygrane faworytów też jej nie potwierdzają. To pierwszy dodatni materiał i dobra wiadomość, że proces się nie wywrócił. Nie więcej.
Jest jeszcze druga rzecz, uczciwa do dopisania. Ta konkretna przewaga brała się z różnicy między kursem, który wtedy łapałem, a tym, co mówił zbiorczy rynek. Sposób, w jaki wtedy zbierałem kursy, już się zmienił, więc dokładnie tego samego triku na nowych meczach mistrzostw nie powtórzę. Cena, którą dziś mogę zagrać, jest zwykle równa rynkowej, a granie ceny rynkowej to z definicji brak przewagi.
Został jeszcze jeden zakład z tej rundy: Norwegia po kursie 5,20 na mecz z Brazylią (dziś, 22:00). To osobny test, odwrotny do reszty: sprawdzam outsidera, nie faworyta. Jeśli przegra, a przegrywa w jakichś czterech na pięć takich meczów, to normalny wynik i nie podważa niczego z serii faworytów.
Odpuszczam: nowego zakładu w tym cyklu nie zgłaszam. Rynki mistrzostw na czołowych meczach są zbyt wyrównane, żeby dało się tam znaleźć uczciwą przewagę teraz, gdy gram cenę rynkową. Charty bez własnego modelu wciąż płacą gorzej, niż wynosi realna szansa. Postawienie czegokolwiek tylko po to, żeby coś postawić, byłoby dokładnie tym błędem, przed którym sam się pilnuję.